Czas podsumowań

Czas podsumowań – kiedy to właściwie wypada? Gdzie jest taki dzień w kalendarzu?

Wydaje się, że istnieje jakiś kod, który realizujemy podsumowując okresy naszego życia, dzieje historyczne w systemie dziesiętnym, co dekadę, co sto lat, co rok. Stając w progu nowego rozdziału zakładamy, co chcielibyśmy w nim osiągnąć, podsumowujemy jednocześnie co było osiągnięciem w rozdziale poprzednim.

Bożonarodzeniowo-sylwestrowy okres, okres atmosfery odprężenia, naponczowanych alkoholem ciast, pełnych brzuchów, nie sprzyja obiektywizmowi. Dlatego podsumowując przeszłe dokonania staram się podchodzić do tego na lżejszej diecie. Czas zmierzchu zimy i początku wiosny, gdy kończą się zapasy, a nowalijek jeszcze nie ma, wydaje się wyostrzać zmysł krytyczny. Z pustym brzuchem jestem mniej liberalny wobec siebie.

Wszyscy – przyznacie to  – wykazujemy dbałość o opinię uczciwego człowieka przed sobą samym. Ale w ten sposób, jakbyśmy byli kimś innym i mogli ukryć przed sobą drobne świństewka. W tym podsumowaniu nie chodzi o to, żeby być surowym, ale rzetelnym tak, aby obraz, który sobie rozrysowujemy był wiarygodny, jak w lustrze.

Moje ostatnie lata są zasadniczo bardzo pracowite. Nie zachwyciłaby Was moja codzienność. Jest taka sama. Praca, szkolenia, kolekcje, praca, szkolenia, kolekcje. Wieczorem chodzę na siłownie. Rano jem obfite śniadania. W tych ramach rozwijam swój warsztat pracy. Nie ma tu miejsca na skoki na bungee, nie ma w tym rozkiełznania – sam instynkt dyscypliny plus momenty poczucia dobrostanu, jak wtedy kiedy jemy ciepłe jajko na miękko. Nie robię sobie przerw na oczekiwania na wenę. Pracuję dużo wiedząc, że jedne rzeczy mogą inspirować bardziej, niż drugie. Na te drugie staram się otwierać i eksponować. Reset zmysłów i ciała osiągam poprzez zmianę otoczenia, zmianę środowiska. Jeśli wczasy, to z przyjaciółmi, gdzieś na brzegach Azji, w klimacie odmiennym od naszego.

Ta moja doraźność życia dostarcza wiele pozytywnych wrażeń. Czuje, że mam moc sprawczą, że jestem wewnętrznie sformatowanych, że rozgardiasz mam tylko we włosach, że trudności mogę pokonać (no chyba, że są to trudności stylistyczne). Wstaje rano ochoczo, jak gdyby oczekiwała na mnie kobieta, zakochana i chętna. Nie ma przymusu pracy gdy robi się to, co działa i przynosi wymierne rezultaty.

Lubię ten swój portret. En face, czy en trois quarts podoba mi się mój obraz. (Przypominam, wciąż pisze na czczo, bez używek.)

Doskwiera mi za to tło, które rysuje się wyraźnym konturem. Rok temu powiedziałbym, że jest to stylistyka a la Chagall, tym razem jest to czysty Beksiński. Poetyka strachu, pełna stresogennych czynników, rakotwórczych faktorów.

Przyroda, rządy, panujące obyczaje – to jest środowisko naszej egzystencji. Ostatnio panuje tu dekonstrukcja, która wymknęła się kategorii „sztuka”. Nastąpił jakiś regres, pomieszanie wartości i pryncypiów. Nigdy nie byłem jakoś politycznie zaangażowany, nie chodziłem na wiece, nie demonstrowałam na ulicach, nawet nie przyjmowałem ofert czesania Prezydentowej. Mogłem sobie na to pozwolić. Mieliśmy wybór, niezaburzone poczucie tego co dobre, a co jest słabe i w ramach tak rozumianej przyzwoitości organizowaliśmy swoją rzeczywistość.

Ta nasza enklawa zasad, poprawna postawa, gdzieś się rozwiała. Wszędzie panuje smog. Zanieczyszczone jest powietrze, zanieczyszczona jest przestrzeń moralna. Uniewinnia się ludzi, których winna nie zdążyła być osądzona. Winni się ludzi, których wina nie została udowodniona. Szafuje się słowem, obietnicą, szafuje się wartościami. Mami się ludzi kwotami, które – muszę to powiedzieć –  na Zachodzie starczają na wizytę u fryzjera. My mamy za to utrzymać dzieci. Religia przestała być strefą rozwoju duchowego, jest kartą przetargową. Lansuje się modele działania, których – jak moja mama mówiła – należy się wstydzić.

Gdybym wobec tak podanych wzorców chciał prowadzić swój biznes, nie skorzystalibyście na tym. Nie chodzi o to, że pracowałbym w nocy, za zamkniętymi drzwiami, ale szpeciłbym Wasz wizerunek, mówiąc, że takie są trendy i tak trzeba plus, że tacy jesteście naprawdę. Moich krytyków nazywałbym ignorantami, ludźmi bez pojęcia, lub – to już jest znacząca obelga – „ludźmi gorszego sortu.” Zlikwidowałbym w ogóle instytucje krytyki w branży (o czym już myślałem, ale to w aspekcie kulinariów, po obejrzeniu programu Magdy Gessler).

Wy i tak jeszcze mielibyście dobrze. Macie wybór, szanse na opuszczenie fotela w moim salonie. Możecie zawsze iść gdzie chcecie, ale obecnej rzeczywistości opuścić nie można.

Wygląda na to, że demokracja pozostała tylko we fryzjerstwie. Tu jest wybór i pełna swoboda. I tak będzie, bo swoje wzorce zachowań czerpie od bohaterów z „Ulicy Sezamkowej”, nie z tego bestiarium, które działa za moimi plecami…

Wasz i tylko Wasz

Tomasz Marut

PS. Beksińskiego wymieniam jednak na Pollock’a – przyznając jednocześnie, że chociaż przejmuje mnie to bardzo, nic z tego nie rozumiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *