Miesięczne archiwum: Luty 2015

„Nie zmieniaj fryzury, nie, jeśli Ci na mnie zależy” …

Jest taka piosenka, która rozczula i każe mi śpiewać.
„My funny Valentine” to wyznanie, to wzruszenie, to czysta miłość.  W wolnym tłumaczeniu sens jej wyraża się w następujących słowach:

„Moja zabawna Walentynko
Słodka, komiczna Walentynko
Sprawiasz, że się uśmiecham sercem
Twój wygląd jest zabawny
Nie fotografowalny
Jesteś moim ulubionym dziełem sztuki.”

Słodka melodia sama podpowiada słowa piosenki „My funny Valentine”. Ileż treści wypływa z mojej piersi, kiedy śpiewam pod prysznicem. Śpiewam wraz Elą Fitzgerard o tym, że moja  Walentynka jest …jest jak z bogini śmiechu, wpisuje się w greckie kanony piękna, urody i mądrości. Jest elokwentna, urocza, jest moim dziełem sztuki, które podziwiam. (Dodam, że jest także potencjalna, gdyż jej postać wywodzi się z piosenki i istnieje na razie w świecie idei. Niemniej śpiewam o niej afirmując jej wyobrażenie. )

Wers za wersem, takt za taktem, zgadzam się z jej postacią idealną. Nie rozumiem jednak słów, których przetłumaczenie przychodzi mi akurat najłatwiej. „ Nie zmieniaj dla mnie fryzury, nie, jeśli Ci na mnie zależy”.  – Co to jest za fraza? Jak mam to rozumieć? Skąd pośród wzruszających wywodów, osobistych wynurzeń, ten głos absolutu, sakramentalne przykazanie, starotestamentowy ton?

Czy to bojkot fryzjerów, w dniu tak znaczącym jak Walentynki? Przekaz napawa mnie zdumieniem i niepokoi, bo jak podpowiadają kolejne wersy …” Każdy dzień, to Walentynki”. Mam zamknąć salon…?  A może to fetysz? – „Nie zmieniaj fryzury, jeśli Ci na mnie zależy. Ta jest jedyną, którą aprobuje.” Mizoginizm? – „Bądź piękna i upnij włosy. Raz na całe życie.”

Może jest też jest optymistyczna interpretacja tego autorytatywnego nakazu – jak, np.: „Kochanie, widzę, że byłaś u Maruta. Masz piękną fryzurę. Nie zmieniaj jej. Nie, jeśli Ci na mnie zależy.”

Tak mogłoby to wyglądać.
Wesołych Walentynek, bo każdy dzień to Walentynki.

Wasz Tomasz Marut

 

 

Noworoczne notatki zeszłorocznych przemyśleń

 

Zeszłoroczne zdarzenia wciąż rezonują w mojej głowie. Budzę się i zasypiam z jedną myślą: ”Czy naprawdę jesteśmy tyle warci, ile wyłudzone od świata uznanie?” Rozdarcie płytkie, acz intensywne. Dylemat, który targa mną od dłuższego czasu i nie pozwala powrócić do codziennego porządku rzeczy. Zamiast „lajków”, zacząłem liczyć „hejty”.

Koncepcję na swoją pracę mam zacną: nie tworzę dla katalogów. Czeszę ludzi w ogólności, a nie tylko wyselekcjonowane modelki.  Istoty ludzkie charakteryzuje coś z Picassowskiego geniuszu: mają krzywe nosy, wąskie usta, asymetryczne oczy, plus podejrzliwy wyraz twarzy.  Nie umieszczają moich zdjęć w reklamach uśmiechu Colgate’a, ani tekstyliów H&M. Za mało w nich estetyki fotoshopa i huraoptymizmu.

Nie – nie myślcie, że jestem Nikiforem w fryzjerskim świecie kreacji, lub też Zapolską propagującą fryzjerskie lookbooki dla wszystkich. Stylizuje włosy, dbam o ich kondycje, jakość fryzury i wszystko to, co składa się na pierwsze wrażenie – nie moje – ale kobiet, które mówią: „tak, dziś podobam się sobie”.
Wówczas odzywa się dyktatorski głos społeczeństwa: „widziałem lepsze, szału nie ma, nie urywa dupy.” Skondensowana krytyka w zasadzie mogłaby być odpowiedzią na wszystko: zarówno na nową Panią Premier, jak i zastałą rzeczywistość.

Dwie najważniejsze kolekcje 2014 roku Colour of Love oraz Follow The Style zostały zrealizowane z tym samym założeniem: o ludziach, dla ludzi. Kolekcja damska wyszła na wiosnę, męska na jesień. Obydwie przyjęły się, krążą w przestrzeni i stały się inspiracją do dalszej pracy twórczej.

Ja sam zleceń miałem i mam bardzo dużo. Jeździłem ze szkoleniami, stylizowałem i tworzyłem kolekcje, rozwijając swój warsztat powiększałem załogę fryzjerskiego salonu. Ubiegły rok wspominam z zadyszką. Marze o losie anachorety, lub buddyjskim dystansie zwłaszcza wobec głosów, które wciąż chcą bym moim codziennym staraniem, twórczym wysiłkiem, kompensował ich zapotrzebowanie na przyjemność…

 

Wasz Tomasz Marut